Bez pieniędzy za zniszczony dom. Zabrakło... kilku metrów na mapie
Dom pani Anny podczas wielkiej powodzi z 2024 r. znalazł się całkowicie pod wodą - fala sięgała aż po dach, a budynek został przeznaczony do rozbiórki. Dziś kobieta mieszka w kontenerze i walczy o wykup nieruchomości przez Wody Polskie. Problem w tym, że według urzędowych map jej dom nie leży na terenie zalewowym. Granica ryzyka kończy się zaledwie kilka metrów wcześniej. Materiał "Interwencji".

Anna Winnicka od 30 lat mieszka we wsi Stójków, nieopodal Lądka-Zdroju. Jej dom przetrwał trzy powodzie.
- W 1997 r. przeżyłam tu jedną powódź, przenocowaliśmy jedną noc w schronisku młodzieżowym. Następnie rano przyszliśmy do domu. Już można było przejść i wejść. A teraz to było pół metra błota. Nie byłam w stanie na podwórko nawet wejść. A woda była pod samiusieńki dach, widać ślady - opowiada Anna Winnicka.
"Straciłam absolutnie wszystko, co miałam"
Już w trakcie pierwszych oględzin, zaraz po opadnięciu wody, strażacy kategorycznie zabronili wchodzenia do domu pani Anny. Tego samego zdania był nadzór budowlany. Od tego czasu kobieta mieszka w kontenerze.
- Nadzór budowlany był tu kilkakrotnie. Zakwalifikowali go od razu do rozbiórki, bo stropy zaczęły się sypać. No to dostałam ponad siedemdziesiąt tysięcy zł za utratę tego dom. Nawet działki żadnej się za te pieniądze nie kupi dzisiaj. Już nie mówiąc o tym, że straciłam absolutnie wszystko, co miałam - zaznacza pani Anna.
ZOBACZ: Śmierć Łukasza Litewki. "Sąd rozpatrzy zażalenie"
Jej córka, Agnieszka Żabińska dodaje, że budynek i dziś nie nadaje się do zamieszkania. - Jest nałożony zakaz wejścia, jest ekspertyza zrobiona, która mówi wyraźnie, że odbudowa i naprawa tego budynku są absolutnie bezzasadne i nieopłacalne - podkreśla.
- No i mieszkam w kontenerze, który załatwiła mi córka. Córka mieszka obok, ale oni mają schody wszędzie, a ja po tych schodach niestety... - tłumaczy pani Anna. Kobieta porusza się o dwóch kulach.
- Teściowa niestety jest niepełnosprawna. Wielokrotnie proponowaliśmy, żeby przyszła mieszkać do nas. No tam niestety jest bariera komunikacyjna. Do nas, żeby wejść na pierwszy poziom, mieszkalny, to trzeba przejść po czterech kompletach schodów - wyjaśnia zięć Bartosz Żabiński.
Walczy o 700 000 zł za dom. Zabrakło... kilku metrów na mapie
Z zapisów powodziowej specustawy wynika, że pani Anna mogłaby mieć wykupiony dom przez Wody Polskie za jego realną wartość, czyli około 700 000 zł. Kobieta złożyła taki wniosek. Niestety bezskutecznie. Powód odmowy wydaje się być kuriozalny.
- Ode mnie nie odkupili, w ogóle zakwalifikowali ten teren jako niezalewowy. Ja w każdej powodzi byłam podtapiana. Mało tego, jak większe deszcze przez trzy dni występowały, to ja już w piwnicy miałam z pół metra wody - komentuje.
ZOBACZ: Kobieta z objawami hantawirusa w szpitalu. Jest w izolacji
Według map, na których zaznaczono tereny zagrożone zalaniem, dom pani Anny znajduje się około czterech metrów poza granicą ryzyka. Jest to o tyle dziwne, że mniej więcej 10 metrów dalej, ale na tej samej wysokości, stoi dom jej córki, który wedle map, już znajduje się na terenie zalewowym.
- Przedstawiciele Wód Polskich poinformowali "Interwencję", że strefy zostały naniesione na mapy sprzed trzech lat, sprzed powodzi. I na podstawie tych stref właśnie sprzed trzech lat będą prowadzone wykupy nieruchomości - mówi Bartosz Żabiński.
- Ta nieruchomość nie leży w pasie zagrożenia wystąpienia ryzykiem powodziowym w takim procencie, który umożliwiałby pomóc w postaci wykupienia tej nieruchomości. Niestety w obecnym stanie ten wniosek musi pozostać niezrealizowany - tłumaczy Filip Szatanik z Wód Polskich.
Reporter "Interwencji" wspomina, że są zdjęcia i filmy, kiedy woda w budynku sięga pod sam dach, wówczas urzędnik wyjaśnia: - Myśmy tę sytuację sprawdzili, są pewne wytyczne ustawowe dotyczące możliwości wykupu, które przesądzają na podstawie wskazań ekspertów, który teren i jak może być objęty reżimem tych regulacji wykupowych. No niestety ten teren, zgodnie z tymi wytycznymi, takim terenem nie jest.
Krytykują Wody Polskie: Nie podejmują własnych decyzji
- Już wiem, że korespondencja z Wodami Polskimi nie ma najmniejszego sensu. Oni bazują na mapach i koniec. Firma istnieje, ale oni nie mają możliwości podejmowania własnych decyzji - komentuje Bartosz Żabiński.
I tak strefa zalewowa, według urzędników, kończy się… półtora metra przed domem pani Anny.
- A wszystko było pod wodą i budynek był zalany aż po dach. To są podobno matematyczne wyliczenia urzędników i to na kilka lat sprzed powodzi. Oni doskonale wiedzą, że to ma się nijak do rzeczywistości. Rozmawialiśmy z dyrektorem Wód Polskich osobiście i pan dyrektor nam powiedział, że jest mu bardzo przykro, że ma świadomość jak to wygląda, ale on nic nie jest w stanie zrobić - komentuje Agnieszka Żabińska.
Pani Anna cierpliwie czeka na ruch ze strony Wód Polskich. Jeśli ten jednak nie nastąpi, kobieta zapowiada walkę przed sądem.
- Jest rzeczą urzędników, żeby elastycznie szukać pewnych rozwiązań i żeby ludzi, którzy znajdują się w tak trudnej sytuacji jak pani, która mieszka w kontenerze, żeby wspierać. Zapewne siądziemy wspólnie z służbami wojewódzkimi i z naszymi ekspertami. Będziemy się zastanawiać w miarę szybko, jak tutaj w tej sytuacji pomóc - zapowiada Filip Szatanik z Wód Polskich.
Widziałeś coś ważnego? Przyślij zdjęcie, film lub napisz, co się stało. Skorzystaj z naszej Wrzutni
WIDEO: Prof. Ryszard Piotrowski w "Gościu Wydarzeń". Przestroga przed "konstytucyjnym romantyzmem"
Twoja przeglądarka nie wspiera odtwarzacza wideo...
Interwencja
Czytaj więcej
INTERWENCJALĄDEK-ZDRÓJPOLSKAPOWÓDŹPRZEPISYWODY POLSKIEZNISZCZONY DOM
Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?
Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!
Dostępne w Google PlayPobierz z App StorePobierz z HUAWEI AppGallery